Wybiegaj PREZENT! ZESTAW BUFF MOŻE BYĆ TWÓJ!

Fajnie jest otrzymywać prezenty, ale o wiele przyjemniej jest je dawać. Niezależnie od tego, co preferujesz, zestaw dla biegacza od BUFF (czapka+komin) może trafić w Twoje ręce. Tylko od Ciebie zależy co z nim zrobisz.

Mówią, że biega się głową?! Buff o nią zadba!!

Napisz w kilku zdaniach o swoim biegu, w którym to głowa zadecydowała o Twoim sukcesie 😁

Komentarz zostaw pod tym wpisem na naszym blogu.

Wyzwanie trwa od 27 listopada do 17 grudnia 2017. Spośród odpowiedzi wybierzemy dwie i nagrodzimy zestawami niespodziankami od Buff.

 

Zabiegane

Share on FacebookShare on Google+Email this to someonePrint this page
  • Justyna Kubaś

    Cześć dziewczyny 🙂
    To jest prawda, że biega się głową.
    Jak zaczynam długie wybieganie to zazwyczaj mi się nie chce i wtedy wymyślam sobie różne historyjki 🙂
    Mówię też sobie, że np. zostało mi niewiele do mety mimo, że to trening.
    Powtarzam, że jestem blisko celu który sobie postawiłam.
    Moja głowa niestety nie jest dobra na treningi ale muszę ją zabierać bo samymi nogami nie da się biegać 🙂

  • Katarzyna Misun-Nowak

    Pierwszy Ultra (80 km), bez przygotowania odpowiedniego, na całkowity żywioł, po 40 km na punkcie miałam plan zejść, najadłam się i przebrałam z myślą, że zejdę już z tej trasy, bo nie mam sił i nagle jak spojrzałam na innych biegaczy, którzy się przebrali i szykowali do dalszego biegu coś się zdarzyło- moja głowa nagle postanowiła biec dalej… i wiecie co, i pobiegłam i udało się! Ukończyłam ten bieg w limicie czasu i z mega dumą. Teraz już wiem, że ultra biega się głową, wytrenowanie to jedno, ale mocna głowa do podstawa. Każdy kolejny ultra kończę głową, bo od połowy ciągnę betonowe nogi, ale głowa prze naprzód. Pamiętajcie, jeśli wydaje Ci się, że już nie możesz – to właściwie spokojnie jeszcze możesz – głowa umiera ostatnia!!!

  • Mateusz Piątek

    Czołem. Do dzisiaj śni mi się w nocy mój pierwszy bieg na 100+km. Było to w tym roku podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Postanowiłem, że tutaj zadebiutuje na danym dystansie, pokonując 110km w ramach biegu K-B-L( Kudowa- Bardo- Lądek). Start był o godzinie 20. Postanowiłem, że pobiegnę z kolegą ponieważ umysł w nocy potrafi płatać różne figle. Był to sprawdzian mojego przygotowania przez ostatnie pół roku. Czułem się silny, nie miałem dużych aspiracji, wiedziałem, że w czołówce biegnie kilka znanych osób, których nazwiska przyprawiały o dreszcze. Biegłem mocno, trzymając swoje dobre tempo z kolegą przez pierwsze 30km. Plasowaliśmy się w okolicach 20 miejsca. Taki wynik na początku brałbym w ciemno. Kiedy kolega osłabł, zostałem sam w ciemności( gdzieś około 23.30). Starałem się dobiec do najbliższych światełek biegaczy żeby nie biec sam. W krzakach coś biegało, widziałem migające oczy. Wyłączyłem głowę, skupiłem się na jednej myśli- co zjem jutro na obiad! 🙂 Analizowałem pizze z różnymi składnikami, do tego czekoladowe lody w bitej śmietanie i że muszę dobiec żeby to sobie na spokojnie zjeść. Że to na mnie czeka na mecie. Było ciemno, zimno. Po drodze mijałem ludzi, którzy przesadzili z wysiłkiem i opadali z osłabienia, odwodnienia albo dolegliwości żołądkowych. Starałem się podnieść ich na duchu, w głowie siedziała pizza z lodami. Kiedy do końca było ok. 40km myślałem sobie że jeszcze tylko maraton i w domu. Kolejne osoby słaniające się na nogach wzdłuż trasy nie pozwoliły zapomnieć o tym co tu się wyprawia. Kiedy byłem w grupce, byłem szczęśliwszy i myślami uczepiłem się butów zawodnika przede mną. Nie czułem nic, zmęczenia, bólu tylko cel żeby te buty mi nie uciekły. W głowie zaczęło się już mieszać, gubiłem trasę, przewróciłem się na wystającym kamieniu. Omamiony światłami wybiegłem sam z punktu i myślałem o tym żeby nie zasnąć, zostało 20km, leciałem cały czas sam, nie wiedziałem gdzie jestem i jak daleko jeszcze. Myślałem że już wystarczy, chce do domu ale nie wiem gdzie jestem więc muszę gdzieś dobiec. Dobiegam na punkt i dostaję owację, ktoś krzyczy z boku że „Brawo, jesteś trzeci!”. Nie uwierzyłem, potem ktoś mi to potwierdził i sobie pomyślałem że przecież to niemożliwe. Myślałem o tym cały czas, byłem w szoku, budzik dzwonił mi od 2 godzin żebym nie przysypiał co 10min. Oglądałem się nerwowo za siebie żeby nie utracić wywalczonej przez siebie w ciągu 12 godzin biegu pozycji bez znaczenia czy jestem 3, czy 20. Próbowałem biec cały czas resztkami sił z myślą, że nie tyle się starałem żeby pod koniec mnie ktoś wyprzedził. W pewnym momencie nogi same się ugięły i padłem na kolana. Nie mogłem wstać, zacząłem płakać i krzyczeć w środku lasu. Miałem dość! Chciałem to skończyć tu i teraz! Zabierzcie mnie stąd!-
    pomyślałem. https://uploads.disquscdn.com/images/7a43094724d36de1f7b022c4511fd4e6e338f174aaae7bedf94307f1d5604dbe.jpg Patrzałem w stronę ścieżki czy ktoś mnie nie dogania. Zostało 5km a ja przebiegłem 105. Nie mogłem odpuścić, pomyślałem że nie po to walczyłem tyle godzin żeby teraz siedzieć i się mazać. Im szybciej dobiegnę, tym szybciej ta męka się skończy. Wstałem, biegłem, dobiegłem 3. Na mecie brawa, gratulacje, szampan. Istne katharsis. Niesamowite przeżycie i zaskoczenie na debiucie!

  • Anna Surawska

    Biegam na wózku, jak pogoda pozwoli. Każdy kilometr, to ogromne wyzwanie. Nierówne chodniki, kałuże, psie odchody i wysokie krawężniki. Przy czterokończynowym porażeniu, każda przeszkoda to osobisty Giewont. I choć prędkość mojego „biegu” nie jest duża, to wszystko trzeba planować z głową, na bieżąco. Rozkład siły, oddech, nachylenie chodnika kontra nierówna siła rąk. Wszystko. Bez głowy nie byłoby sukcesu.

    Potem wracam do domu. Dystans nie jest ogromny, ale ta radość, że się go „przebiegło” szybciej o 11 sekund, niż wczoraj – coś nie do opisania!

    Pozdrawiam

  • Dorota Kałuzińska

    Nogi niejednokrotnie mówiły: koniec, nie biegniemy więcej – niezależnie czy był to trening, czy też zawody (po asfalcie, OCR etc.). Wtedy do walki wkraczała… głowa! Kiedy miałam największy kryzys? Nie wiem czy jestem w stanie to stwierdzić, ponieważ z każdym przypadku chodziło o coś innego. Opiszę dwa moje przypadki z 1-ego oraz 3-ego maja tego roku. Pierwszego maja wystartowałam wraz z grupką znajomych w Runmageddonie Hardcorze w Myślenicach (24 km po górach). Czas: 6 godzin 56 min. Przebiegnięcie tej trasy, to jedno, ale przeszkody… Patrząc z perspektywy czasu serio moja głowa miała większy trening niż każdemu się wydaje. Szczerze mówiąc nie wiem co była bardziej zmęczone – mój organizm, nogi czy właśnie umysł, który nie pozwalał nawet na dopuszczenie myśli, bym zeszła z trasy. Dobiegłam na metę bez sił, ale szczęśliwa, bo nie dałam za wygraną, pokonałam te kilometry i te dziesiątki przeszkód. Jeden dzień odpoczynku i… przecież 3. maja bieg konstytucji – nie może nas tam zabraknąć. Nogi zaczynały odczuwać pokonane kilometry dwa dni wcześniej, żołądek upominał się o odpoczynek jeszcze bardziej niż pozostałe części mojego ciała. Stoimy na starcie. Zwarci i gotowi. Minął pierwszy kilometr. Luz biegniemy dalej. Drugi i trzeci z podbiegiem pod Agrykolę już nie był taki pozbawiony bólu. Żołądek myślałam, że mi wykręci – gdyby po drodze była toaleta, z pewnością bym o nią zahaczyła (ujemne skutki wychodzenia ze swojej strefy komfortu). Nie było już lekko do końca trasy. Każde 100 metrów było obarczone ogromną determinacją. Jest w końcu upragniona meta – chyba meta, widzę zaledwie jakąś nadmuchaną białą bramkę. Pytam się kolegi: to meta? On porozumiewawczo kiwa głową, że tak. Wyprułam jak z bicza strzelił. Skąd miałam nagły przypływ sił? Na pewno nie z nóg, które cierpiały chyba bardziej niż żołądek, ale nie miały wyjścia – musiały biec, bo kazała im… GŁOWA! To właśnie dzięki silnej psychice dobiegłam na metę. Brzmi jakbym przebiegła co najmniej maraton, nie? A to było tylko 5 km… Głowa nie zawsze odgrywa pierwsze skrzypce na biegach długodystansowych. Niejednokrotnie o jej mocy można się przekonać właśnie na tych krótszych dystansach, gdzie ciśniesz z całych sił, ciało mówi NIE, a Ty idziesz w zaparte by tylko nie zwolnić na zakręcie… 🙂

  • Ania S-ka

    Każdy ma swoją głowę, każdy swój powód, by ją tu umieścić.
    Od 6 lat jestem mamą – do niedawna samotną 😉 .Nigdy nie biegałam, nie chciało mi się – czasu mało, waga po ciąży taka nie inna.. nie dość, że człowiek z kompleksem to na dodatek sam musiał ogarniać to, co życie rzucało pod nogi. Z głową było ciężko, pomimo uśmiechu w duszy zagościło zło, depresja i marazm. Jakby wszystkiego było mało, na łeb i szyję poleciało też zdrowie – uszkodzenia podczas zwykłego zabiegu o mały włos nie pozbawiły mnie życia. Po 2 operacjach i 4 zabiegach, na przekór wszystkim i wszystkiemu ruszyłam z kopyta. Pierwszy bieg zaliczyłam w maju. Starzy znajomi zaproponowali amatorską drużynę i voila! Oto jestem 🙂 Bez przepukliny na brzuchu, z brzuchem, który śmiało (pomimo dość sporej rany) mogę pokazać latem na plaży, z życiówkami i kartonem medali 😀 Oto ja jestem gorączkująca po niektórych dyszkach, załamana każdym przeziębieniem i niemocą biegową. Ja, która jeszcze kilka lat temu nie miała ochoty żyć..
    Zapytasz gdzie w tym wszystkim głowa? Jest najważniejsza. Każdy bieg to tona myśli, to analiza, to czasami pustka w której słyszysz tylko swój własny oddech.. Głowa, która po wybieganiu funkcjonuje po stokroć lepiej. Głowa, która myśli trzeźwo i chce więcej 🙂

    Biegam z głową :*

  • Evelyn

    No coz… poczesci moj maz mnie do biegania zarazil, ale zrobil mi obciach odrazu przy pierwszym bieganiu i stwierdzilam… NIE- sama pojde biegac 😀 i tak juz jest od prawie 4lat! CUDOWNIE! 😀

  • Paweł Mikszuta

    Jestem wraz z żoną początkującym biegaczem, traktuję ten sport jako sposób na uratowanie swojej kondycji i polepszenie zdrowia. I głowa jest w tym najważniejsza. To z głową, nie z nogami, muszę walczyć by wstać i wyjść na bieg; głowa przekonuje, że gdy przychodzi zadyszka trzeba walczyć. W głowie wreszcie znajduję siłę by biec gdy mam ochotę się położyć. Głowa jest najważniejsza; biegać można bez ręki, bez nerki, kawałka wątroby, nawet bez nóg, jak to pięknie opisała jedna z komentujących Pań… Ale bez głowy biegać się nie da 🙂

  • OlaFilip

    Witam🙂 Ja chwilowo nie biegam, ale mój sześcioletni syn owszem🙂 złapał bakcyla i biega od dwóch lat w biegach dla dzieci, osiągając świetne wyniki,często wygrywa a zawsze jest w czołówce.i chciałby tez mieć „buffke”. Uważa on, że głowa jest po prostu niezbędna w bieganiu! Przede wszystkim żeby widzieć 🙂, żeby sie skoncentrować,nie zagapić się na starcie, obmyślić strategię, wiedzieć kiedy włączyć”turbodopalanie”… A w głowę musi być ciepło i miło 🙂 Pozdrawiamy!

  • Adek Bałaganik

    Podczas pierwszego komercyjnego biegu w którym brałem udział, gdy na ostatnich kilometrach biegacz – którego tempo odpowiadało mi przez większość trasy, więc trzymałem się jak rzep jego pleców – zaczął sukcesywnie przyspieszać aby zrealizować jakiś cel czasowy, gdy już czułem, że nie wytrzymam tego przyspieszenia i nogi zaczęły mięknąć zrozumiałem, że nie jestem tylko ciałem, zacisnąłem zęby i to ja pierwszy przekroczyłem linię mety. Bez rywalizacji nie ma zabawy!

  • Beata Winiarczyk – Jadach

    12.11 bieg niepodległości,miesiąc po paskudnym skręceniu-wcześniej małe sukcesy biegowe.Ból jak cholera,źle ułożona stopa -3700 a satysfakcja jak po maratonie😊

  • Ciri1986

    Za pierwszy półmaraton wybrałam górski w Walimiu. Jako, że stwierdziłam, że mam zadanie przebiec i dotrzeć na metę w całości zaczęłam delikatnie. Jak to w głowach niektórych bywa człowiek widzi stado to się nakręca, że jak ktoś wyprzedzi to Ty też chcesz wyprzedzić;) i tak oto zrobiłam pierwszy błąd i w amoku na 12 km przegapiłam skręt co dało 2 km w plecy 🙂 wtedy pierwsze zwatpienie nastąpiło. Drugie nastąpiło jak na wielkiej sowie była taka mgła ze się zrobiło lodowato i ręce skostnialy. Trzecie gdy na 18 km wywróciłam się na zbiegu 😀 i wtedy właśnie po rozmowie ze sobą dociagnelam się kulejac i wyłączajac myślenie doturlałam się do mety… 🙂

  • Anna Korczyńska

    To ja trochę przewrotnie… Ale jeśli chodzi o bieg, kiedy głowa zdecydowała o sukcesie, to nie był to bieg, który ukończyłam. Kocham biegać z psami (canicross). Taki wtedy również był trening. Od tygodnia bolało mnie kolano, ale przecież emocje, adrenalina, endorfiny… Pamiętam jak tego dnia wyszłam na trasę i po 500m zaczęło boleć… Miałam wtedy przed Sobą tylko 3km, więc co za problem przebiec, prawda? Jednak z każdym metrem kolano bolało bardziej… głowa kazała przerwać trening. 750m.. i wróciłam do domu. Spokojnie, spacerkiem z bolącym kolanem. Następnego dnia byłam już u ortopedy. Okazało się, że pękły mi łąkotki i doszło do tego, że pęknięty fragment zaczął niszczyć kolano od środka- oderwany fragment był jak diament-ostry i twardy. Dzięki temu, że zrezygnowałam, bo biegłam z głową moja przygoda z kolanem nie zakończyła się, a dopiero po powrocie do zdrowia po zabiegu zaczęła z pełną siłą. Czasem bieganie z głową, to wiedza, kiedy odpuścić.. 🙂

  • Bo to w mojej głowie rodzą się szalone pomysły jak półmaraton po miesiącu przygotowań wcześniej nie biegajac, pierwszy górski też po miesiącu… Najlepsze będzie w 2018 maraton w 3 tygodnie po pierwszym w życiu ultramaratonie 64km. Może buff ochroni głowę przed szalonym pomysłami?

  • marcin skalski

    Głowa swoje ciałko swoje ,a razem nie zawodnie w moim przypadku pracują z porywem i rozsądkiem …gdy ten czas „nie chce misie”daje napend by działać ruszyć dupsko i dalej dalej i satysfakcja że przezwyciężyłam nie moc ;czy chce się ,a trzeba przychamować bo ból i konieczna regeneracja-odpoczynek aby dziś wsprostać życiowym wyzwaniom…i dalej nakręca np. „jeszcze jeden km ,dasz radę Asik ,jeszcze trochę”… i sukces jest Kochana 10-tka jest !!!
    Pozdrawiam Joanna Danielczuk-Skalska