Konkurs dla biegaczy – wygraj wieszaki na medale Wall of Fame

Uwaga konkurs dla biegaczy!

 

Do wygrania są aż trzy piękne wieszaki na medale Firmy Wall of Fame (www. e-woWallff.com). Polubcie ich koniecznie na Facebooku i na Instagramie.

 

Co musicie zrobić?

– wstawcie w komentarzu, pod tym wpisem konkursowym, zdjęcie swoich biegowych medali i w tym samym komentarzu, opiszcie historię związaną z jednym z medali

konkurs startuje 11 października br. i co tydzień będziemy wybierać jedną osobę, której historia najbardziej nam się spodoba. Konkurs kończymy 1 listopada 2017 r.

– nagrody są trzy, więc będzie trzech zwycięzców, którzy otrzymają trzyramienne wieszaki na medale z satynowej stali szlachetnej (z oferty uniwersalnej), dostępne w ofercie sklepu www.e-woff.com/sklep

Zwycięzców ogłosimy na łamach bloga www.zabiegane.com, odpowiednio 19 października, 26 października i 2 listopada br.

 

Zapraszamy do zabawy. Już nie możemy się doczekać, aby zobaczyć Wasze kolekcje medali i przeczytać pasjonujące historie biegaczy.

Zabiegane.com

 

Pierwszy wieszak od Wall of Fame wygrywa Lucyna Klimaszewska 🙂

Drugi wieszak na medale leci do Mariusza Gut!

Trzeci – ostatni wieszak konkursowy, zdobywa Anna Ast!

 

GRATULUJEMY!

 

Wszystkim bardzo dziękujemy za super zgłoszenia i chęć podzielenia się świetnymi historiami.

Z biegowymi pozdrowieniami

Zabiegane.com

Share on FacebookShare on Google+Email this to someonePrint this page
  • Agnieszka Bania

    Jak już wiecie na intagramie (agnesartbracelets) moich medali dużo nie jest 😊 Każdy z nich jest ważny. Pierwszy to z Garwolina gdzie biegłam z córką 😍 Najlepszy z Praskiej Piątki gdzie miałam życiówkę 😂 I stresa czy dotrę, nie ogarniam jeszcze takich wydarzeń i twardo jechałam na start autem. Oczywiście leciałam biegiem cała Targową gdyż ulice zamknięto ale udało się i impreza była wspaniała. Pierwsza 5-tka, dobry wynik i mega emocje. Dobrze że był ze mną mąż to przewalczył miejsce parkingowe na Pradze i dotarł na bieg metrem aby kibicować. A i byłam tak nakręcona że czasomierzyk wyłączyłam dobre 2-3 minuty po przekroczeniu mety 👌💪😂 Brawo Ja 😁 https://uploads.disquscdn.com/images/49741e7b5e5aef05871617844323299d766e9d80806eb2ba1ffc2c7e287059e8.jpg

  • Sebastian Lipiec

    Hej 😀
    Trochę tych medali juz udało mi sie zebrać
    Jednak czesc z nich czeka na wieszak ponieważ wiszą na ścianie z numerami 😀
    Najlepsza historia odnośnie zdobycia medalu to bieg Łódź Business Run 2017, sztafeta 5-osobowa. No właśnie w 5 osób mieliśmy biec a skończyło sie tym ze bieglismy we trójkę i zamiast pamiątkowego jednego medalu mam 2 ponieważ bieglem dwie zmiany. Jest to dla mnie śmieszne wydarzenie szczególnie gdy Pani wreczajaca medale zobaczyła mnie drugi raz i zaczęła sie śmiać ze biegam chyba sam ta sztafetę 😁
    Pozdrawiam! 😁
    https://uploads.disquscdn.com/images/26d912a8102580dce0a5f4495853696d1a4ddf318143a57f2f83ef6030501209.jpg

  • Katarzyna Kornelia Piekut

    Witam serdecznie.Jakiś czas temu jeszcze nałogowo uprawiałam sport.Biegi,piłka nożna i koszykówka.Niestety kontuzja kolana(rekonstrukcja wiazadła krzyżowego),uziemiła mnie na troszke.Aby sport w moim domu nadal był codziennością zaraziłam bieganiem mojego 5-latka, Maksia.Jego pierwszy bieg,który bede pamietać do końca życia odbył się w Toruniu w kwietniu 2017r.Syn ma astme oskrzelową więc z bieganiem u niego zawsze było ciężko.2 dni przed startem trenowaliśmy ale Maksiu nawet 100 metrów nie mógł przebiec bo się dusił.Pomyślałam ze najwyżej przetruchta jak będzie mu ciężko.W dniu biegu byliśmy zdenerwowani tym, że to jego pierwszy bieg w życiu ale i tym czy pobiegnie bezpiecznie nawet mały dystans.Zostawiłam go na starcie,poinformowałam kiedy ma biec i poszłam w strone mety.Nie mogłam uwierzyć jak mój syn pędzi i walczy sam ze sobą…ja kibicowałam mu zza szarfy przy mecie.Gdy dobiegł do mety….Dobiegł pierwszy to się poryczałam,poryczałam jak bóbr.Biedny dyszał,ledwo stał na nogach,dałam mu pić,ucałowałam i za chwilke pani jego i jeszcze dwóch chłopców prowadziła na podium.Byłam dumna z niego.Gdy odebrał nagrode i przyszedł do mnie to zapytał kiedy będzie kolejny bieg.Podobało mu się i tak Maksiu wraz ze wspierającą go mamą rozpoczął swoją karierę😉.16 września biegł w Bydgoszczy w 3 biegu charytatywnym PKO i był bardzo szczęśliwy że może pomóc innym😆
    Niestety nie mamy wieszaka na medale wiec radzimy sobie w inny sposób ale zawalczymy o niego😍

  • Levy KL

    Moim jak narazie najlepszym medalem jaki zdobyłem jest Korona Polskich Półmaratonów z 2016 r. Ogólnie mam sporo pamiątek z różnego rodzaju biegów. Ale Koronę wspominam i jestem z niej dumny. Zaczynałem od fotelowego lenia aż któregoś dnia zacząłem biegać bo kolega biegał. I tak pierwsza 🔟 (z czasem poniżej 1godziny- później zbijanie czasu i walka o każdą urwaną minutę) potem pierwsza połówka i próba ponownie urwania minut. Aż w końcu urodziła się myśl Korona. Wraz z najlepszym przyjacielem biegowym postanowiliśmy ja zdobyć. Udało się. Teraz urodziła się kolejna myśl o maratonach. Ja mam już pierwszy za sobą z Dębna w kwietniu i teraz 15.10.2017 r. biegnę drugi maraton. Tym razem jako peacemaker przyjaciela On debiutuje. Ale o koronie… Ups wygadałem się. Tak. Mamy zamiar zdobyć Koronę Maratonów Polski. Ale to może w innym konkursie.

    https://uploads.disquscdn.com/images/dbf5b35af008ae45255fc5427b58fe57b29980d0454e9cca20a46fb33cdf9c1d.jpg

  • Lucyna Klimaszewska

    Moim najlepszym jak narazie medalem jest moj pierwszy medal zdobyty w Gdansku podczas biegu sw. Dominika. W marcu kiedy rzucilam palenie papierosow postanowila zrobic cos aby nie przytyc jak to czesto bywa po rzuceniu palenia i postanowilam zaczac biegac i przy okazji zdrowuej sie odżywiać. Kazdy twierdzil ze nie dam rady przebiec km a teraz nawet 12 km potrafie a na nastepny rok marzy mi sie wystartowac w półmaratonie. Swoim zapalem do sportu nawet udalo mi sie zarazic dzieci. Pokaże wszystkim ze dam rade ale nie dla wszystkich tylko dla samej siebie, a dla tej reszty widok moich medali na takim wieszaku potwierdzilby to ze potrafie postawic na swoim. https://uploads.disquscdn.com/images/368690974bb7e268a91079a1f0565770622ad4171b453f33251ddee0f28c9a42.jpg

  • Katarzyna Kornelia Piekut

    Ciesze się że można opisać tutaj swoje osiągnięcia.Ja jednak opisze swojego synka Tymka.Tymek ma dwa latka i już pierwszy „bieg” za sobą.W Łabiszynie biegł wraz z bratem tylko na innym dystansie.Łezka się w oku kręci gdy taki maluch tupie nóżkami i gna ile sił w nogach do taty który stoi na mecie i czeka na niego.Po biegu Tymuś najbardziej był szczęśliwy gdy dostał medal,wodę i wafelka którego zabaczył i wołał am am😂.Medal jego i brata jak widać na zdjęciu są obok siebie.Jest drewniany i jedyny w swoim rodzaju.Kolejny bieg przed Tymkiem już pod koniec października gdzie będą mu kubicować rodzice i brat który takze bedzie startował😍

  • Ania S-ka

    Dla mnie każdy medal jest na wagę złota. Dlaczego? Bo nigdy nie przypuszczałam, że po dwóch operacjach i czterech zabiegach, po wdrapywaniu się przez godzinę na II piętro w bloku dam radę przebiec 5 czy 10km. Czy powinnam? Nie wiem. Przyznam, że czasem organizm się buntuje, przyprawia o dreszcze i sprawia, że jestem mocno rozgrzana 😉 zwycięża upór! Dlatego też nie umiem wskazać Madalińskiego, który byłby najważniejszy. Zarówno ten z Powstania Warszawskiego, gdzie bieglam z tysiącami innych osób jak i ten malutki, z charytatywnego biegu dla lokalnej szkoły wywołują uśmiech 🙂 bo chcieć to móc✌️ https://uploads.disquscdn.com/images/11cb3fc33ce817d61f8029b03b8111a6b37263a2466077a0f4f04e8245405e6c.jpg

  • Wiola Radomyska

    https://uploads.disquscdn.com/images/57bdbc556ab0d84bc8626bea4dfe88731be4a0483dcebe0791886699e23e2b02.jpg Biegam już trzeci rok. Medale, które widać na zdjęciu w prawym dolnym rogu to mój dorobek z tego roku. Na zdjęciu są również trofea mojego narzeczonego, który uprawia triathlon a w tym roku ukończył zawody na pełnym dystansie Ironman. Jak widać również na załączonym obrazku nasze medale nie leżą na dnie szuflady, tylko są wyeksponowane na zaszczytnym miejscu- okiennych klamkach 🙂 Najważniejszy medal dla mnie to medal za ukończenie Orlen Warsaw Marathon. To był mój pierwszy maraton. Kilka miesięcy ciężkich treningów przyczyniło się do pokonania królewskiego dystansu.”Never give up” to hasło które towarzyszy mi zawsze w kryzysowych momentach podczas biegu i nie pozwala się poddać, bo radość na mecie z ukończenia biegu jest niesamowita 🙂

  • Sylwia Anna 1987

    Never give up- to moje motto życiowe! Mam nawet tatuaż, który codziennie przypomina mi, że NIGDY NIE NALEŻY SIĘ PODDAWAĆ. Bieganie po prostu pokochałam… oczywiście nie tylko dlatego, że dzięki niemu moje ciało wygląda dobrze, ale także dlatego, że nauczyło mnie pewnych rzeczy m.in. pokory, wiary we własne możliwości oraz samodyscypliny, której wcześniej mi brakowało.
    Swoją przygodę z bieganiem zaczęłam niedawno, ale jak do tej pory wzięłam udział w 5 biegach z czego każdy wspominam bardzo miło. Szczególnie miło i ze wzruszeniem wspominam 27 Bieg Konstytucji 3 Maja, który odbył się w Warszawie. Dlaczego? Był to bieg o charakterze patriotycznym pod hasłem „Zabiegaj o pamięć”. Ponadto mogłam przyłączyć się do akcji charytatywnej. Biegnąc z kartką „biegnę dla Julii” miałam tylko jeden CEL- dotrzeć do mety, bo wiedziałam, że przekraczając ją przyczynię się do przekazania darowizny przez Fundację PKO BP na operację, która polega na rekonstrukcji sklepienia czaszki w USA.
    Dalej zamierzam brać udział w biegach- w tym roku jestem zapisana na 2 (Bieg Kobiet 22.10 oraz 11.11 Bieg Niepodległości). A w 2018….. moje MARZENIE- PÓŁMARATON WARSZAWSKI 25 marca! Dam radę? Pewnie! Przecież ja się nigdy nie poddaje! 🙂

  • Anna Stegner

    Historia jednego z nich? Ciężko zdecydować, która byłaby najciekawsza. W każdej jest zapisany kawałek mnie, kawałek mojej historii. Mogłabym się rozwodzić na temat każdego, pisać o przygotowaniach do życiówek, czy też o pięknych widokach górskich przygód. WOW, aż się rozmarzyłam :D. …ale Wam opowiem o tym, który przyniósł wiele radości mnie i wiele dobrego dla innych. Marcowy Półmaraton Warszawski 2017r tutaj podjęłam decyzję, że pobiegnę charytatywnie. Postanowiłam uzbierać 1000 zł w akcji #BiegamDobrze dla fundacji Spartanie Dzieciom i pobiec z nimi w szyku w stroju Spartanki. Zaczęłam zbiórkę, posty na fb, prywatne prośby. Rozmowy z przyjaciółmi i z przypadkowymi ludźmi zaczęły zmieniać mnie i moje nastawienie do życia. Pokazały mi też różne oblicza ludzi, których znałam albo tylko mi się tak wydawało. Zbiórka zmusiła mnie do głębszych przemyśleń i spojrzenia na świat z innej strony. Pozwoliła mi przewartościować moje życie i wniosła wiele pozytywnych zmian! Każdemu polecam, tylko żeby to przeżyć trzeba w to wejść w 100 % siebie i dążyć całym sercem do celu! Zbiórkę zakończyłam kwotą 14 650 zł i z dumą przebiegłam ten półmaraton!
    https://uploads.disquscdn.com/images/f18f04a5f178ce910e75e86b290f317c81c42ed083a6912f83db606659313f59.jpg

  • Krzxsztof Matysxak

    https://uploads.disquscdn.com/images/9e722425378f2f14f42ac017084e3a17c46ab11c20368296d4615e1e8777f462.jpg

    Medal z godz. 01 tego zegara związany jest z poniższą hisorią

    Z szablą na czołg!
    28. Wrocław Maraton

    Zafascynowany moim debiutanckim startem w zawodach biegowych na odcinku półmaratońskim pomyślałem sobie, jak pewnie nie jeden amator, że wzniośle by było ukończyć w przyszłości, i to niedalekiej, Maraton! Od początku 2009 roku rozpocząłem treningi pod biegi długodystansowe, by właśnie w marcu pobiec I półmaraton a potem kolejne zawody. Lat miałem wtedy 28 lat, a wcześniej mało biegałem, nawet w czasach szkoły nienawidziłem tego sportu! Moja waga wynosiła ponad 100kg i chodziłem na siłownię, bo i też zależało mi na posturze. Tak więc nie miałem predyspozycji do tego, by odpoczywać na mecie obok Kenijczyków, hehe nawet obok osoby zajmującej lokatę pod połową. No ale nie o czas mi chodziło najbardziej, a o sam bieg w sobie.
    Do Maratonu zapisałem się w 2010 roku. Tak się złożyło, iż termin biegu przypadł na 12 września 2010, czyli na I rzut oka w okrągłą 2 500 rocznica bitwy Greków z Persami pod Maratonem – jaka miała miejsce właśnie 12 września 490 roku p.n.e. Niewielu biegaczy na świecie miało możliwość pobiec w taką datę. Fakt ukończenia w ten dzień Maratonu dodatkowo mnie mobilizował. Od początku 2010 roku trenowałem długie wybiegania i inne akcenty. Mam czasem słomiany zapał i już w czerwcu stwierdziłem, że ten sport to nie dla mnie, odstawiłem ten Maraton. Jednak na 10 dni przed zawodami 28. Wrocław Maraton podjąłem decyzję o starcie. Szalony pomysł po 3 miesiącach bez treningów. Bardzo jednak chciałem w tę rocznicę pobiec… . Z moim szalonym pomysłem podzieliłem się na internetowym forum biegowym, osoby niektóre odradzały, niektóre pisały, że trzymają kciuki, ale nie ukrywały, iż pomysł jest mało poważny. (zdjęcie nr 0) Szalony, bo przecież oprócz przerwy w treningu prawdą było, że nawet podczas ciągu treningowego podczas długich wybiegań wiosennych moja prędkość po 22-25 km spadała do 8 minut…. .

    Mimo to stawiłem się na starcie! Dookoła mnóstwo ludzi, spiker wyraża podziw i uznanie dla każdego z nas. Pogoda ciepła, wychodzi powoli za chmur słońce i będzie za 3 godziny już cały czas świecić tego dnia. Mam w głowie jeden cel : dobiec przed upływem regulaminowych 6 godzin i otrzymać dzięki temu pamiątkowy medal z naniesioną 2 500 letnią rocznicą Bitwy pod Maratonem. Ustawiony byłem na strefie 6:00-5.30. Przed tym biegiem wykonałem w ciągu ostatnich dni dwa treningi po 10 km każdy. Ogólnie jednak czułem się optymistycznie.
    Start! Ludzie dookoła klaszczą, piszczą, super doping! Żałuję, że sprzedałem pulsometr odmierzający dodatkowo trasę, jednak aplikacja w telefonie komórkowym dość dobrze pozwala mi monitorować dystans (foto nr 1). Tylko dystans, bo tak na prawdę nie miałem taktyki na tempo ani puls z braku, jak wspomniałem, pulsometru. Po prostu moja strategia to bieg na czuja, czyli nie za wolno ale i za szybko też nie. Tym sposobem szybko w biegu opuściłem sporą grupę osób z mojej strefy startowej, by po 2-3 km dogonić pacemakera biegnącego na czas zapisany na przywiązanym do niego balonie jako 4h30 minut. Zwolniłem lekko i tak w tej grupie biegłem sobie mijając wrocławskie ulice. Przechodnie ogólnie nastawieni pozytywnie i radośnie. Kierowcy mniej. Jeden przez telefon relacjonował „Biegają z balonikami i śmieją się z poważnych ludzi!” Na 7 km stwierdzam, że ten balon na 4.30 po prostu się wlecze. Wyprzedziłem go niczym taj, jak na redukcji biegu w aucie. Wbiegam po paru minutach na wrocławski Rynek, jednak nie jestem w stanie go podziwiać, nie, nie z braku sił, po prostu jestem skoncentrowany… . Mijam kolejne skrzyżowania na 15 km chcę dojrzeć za sobą pacemakera na 4:30, ale nie ma go w oddali. Mijam zawodnika, który utyka i relacjonuje, iż raczej odpada przez kolano. Mi nic się na razie złego z ciałem nie dzieje i cieszę się z tego. Na półmetek wbiegam z czasem 2 godzin i 13 minut. Na 23 km podjeżdża do mnie na rowerze dziennikarz i pyta o przygotowania jakie czyniłem – nie wiem, czy tą bolesną prawdę opublikował :). Zapytał na koniec, czy złamię 4h – skromnie odpowiedziałem, że nie widzę szans, ale w głowie ułańska fantazja rzecze, czemu nie! W tym momencie już na dobre zaczęło świecić słońce, chmury już nie było chyba żadnej. Na 24 km wybiłem sobie z głowy złamanie 4h – pojawia się most, bieg pod tą górkę jest dla mnie pierwszą przeszkodą. Tak jestem zmęczony. Bardzo zmęczony, że prawie idę. Moje zmęczenie spotęgował wyprzedzający mnie pacemaker ….., tak, ten na 4:30. On mnie na tej górce minął dość szybko, jakby skrzydła miał a nie balony! Tak bardzo osłabłem. Pytałem siebie, czy gdybym biegł z nim cały czas tym tempem, to czy miałbym siły na tym odcinku biec nadal jak on. Mija mnie zawodnik, na którego twarzy także widać grymas ze zmęczenia wynikającego tej górki. Wymieniamy się z nim autokrytyką co do własnych przygotowań. Rozgadałem się jeszcze o jakąś kwestię, ale gdy się zorientowałem, że on jest już dawno przede mną, to z 4 zdania powiedzieć zdążyłem 😉 Od tego odcinka do 30 kilometra mój bieg to walka o niezatrzymywanie się, tempo bardzo niskie. Ludzie na ulicy motywują. Ja wyraźnie słabnę (zdjęcie nr 2). Na 29 km widzę jak jakiś zawodnik przede mną chwyta się za łydkę i rozciąga na poboczu. Ucieszyłem się bardzo, że nie mam jeszcze takiego stanu. Nie wiem, co tamto miejsce biegu miało w sobie, ale gdy dotarłem w ten punkt, gdzie rozciągał się tamten zawodnik, poczułem silny skurcz lewej łydki. No to rozciągnąłem się i dalej bieg. Skurcz wracał co 400 metrów, a gdy dopadł także me lewe udo, poddałem się. Nie chciałem już dalej biec, za bardzo bolały mięśnie, nie dało się po prostu. Na szczęście mogłem iść szybciej. Wyliczyłem, że tempo chodu jakie mam obecnie, gwarantuje dobiegnięcie – dojście do mety – w czasie poniżej 6h. I dzięki temu nie poddałem się, moim celem było przecież ukończenie tego Maratonu. Miałem dreszcze z zimna, mimo ciepłej pogody i słońca dość mocno grzejącego. Do kolejnych punktów z wodą docierałem jak pustynny włóczęga. Dziwiłem się bardzo, jak to męczenie mnie chodzi… Tak tak miałem takie niesensowne słowa myśli, oczywiście dziwiłem się jak to chodzenie mnie męczy 🙂 Opary spalin z zakorkowanych aut przeciwnego pasa ruchu jakby chciały udusić a ja nie mogłem tego odcinka trasy szybciej niż chodem opuścić…. . Miałem resztki sił ruszyć do truchtu przed większymi skrzyżowaniami, by nie drażnić bardziej kierowców i zatłoczonych ludzi w tramwajach i autobusach – przecież wszyscy czekali jak minę to skrzyżowanie! Na jednym z ostatnich takich miejsc nie mogłem przetruchtać, pamiętam jak wtedy jeden rozwścieczony kierowca wybiegł z auta do policjanta i krzyczał pokazując na mnie palcem „To jest Maraton !?!”. Wstyd mi było, nie miałem nawet sił coś mu odpowiedzieć, ale w sumie co? Wstyd i głowa w dół. Po paru minutach moje morale odbudowuje mężczyzna wyrażający gratulacje, za „podjęcie się takiego wyzwania”. Dla mnie rzeczą naturalną stało się wyprzedzanie mnie przez innych, co miało miejsce w sumie od 24 km. Do mety tuż, tuż. 4, 3, 2 1 km – jestem na ostatniej prostej. Mam, nie wiem skąd, siły na lekki trucht z jakim od 200 metrów wbiegam na metę (zdjęcie nr 3). W sumie inni wyglądali w okręgu mety nawet gorzej ode mnie 🙂 Czas ukończenia – nie przebiegnięcia ;( – to 5 godzin 37 minut. Za 23 minuty byłbym zdyskwalifikowany.

    Tak, tak w okrągłą ,2,5 tysięczna rocznicę bitwy porwałem się z szablą na czołg, ale ukończyłem i medal mam 🙂 (zdjęcie nr 4). Podobno jakiś zawodnik z pierwszej trójki miał oświadczyć, iż zawsze podziwia tych z ostatnich miejsc, bo oni ponad dwa razy dłużej walczą ze zmęczeniem, niż on. Nie uznaję siebie za bohatera, ale jestem zadowolony, że niby prosty cel, ale w aspekcie moich treningów trudny, został osiągnięty. Jedyny niesmak to fakt, iż nie przebiegłem całej trasy. A-ha, jeszcze jeden niesmak: to nie była równa 2500 rocznica, tylko 2499!!! Błąd matematyczny organizatora, który policzył rok zerowy, a takiego nie było. Można rzecz, oszukany styl – to oszukana rocznica 🙂

    Bieg na końcu także jest walką, równie emocjonującą jak w czołówce czy dowolnie innym miejscu tabeli, to magia Maratonu. Jednak by być pewniejszym jego ukończenia, treningi regularne powinny być obowiązkowe jak modlitwa, gdyż może się nie udać dotrwać do mety. W czasach szalonej pogoni za osobistymi, zawodowymi i rodzinnymi obowiązkami szybko mijających dni, niektórym osobom trudno jest znaleźć miejsce na właściwe treningi przedmaratońskie, a jednak w Polsce z roku na rok zauważa się ogromny wzrost startujących – co cieszy!

    Jeżeli na jakimś Maratonie będę jedynie kibicem, to oszczędzę od początku gardło dla tych z ostatnich miejsc w strefie po 5tej godzinie 🙂 Zresztą nie muszę być kibicem, obecnie jestem w stanie przebiec Maraton i powrócić po kąpieli oraz przebraniu się na strefę mety w tym czasie 🙂
    Mój aktualny rekord po trzech Maratonach to 4h 21 minut. Są to już biegi o wiele mądrzejsze

  • Ewa Urbanek

    Na zdjęciu przedstawiam mój dorobek medalowy. Najważniejszy jest dla mnie ten na wierzchu z biegu w Kazimierzu Dolnym na dystansie 10 km. Do końca nie wiedziałam czy wezmę udział w tych zawodach, gdyż przed prawie całą noc nie spałam – mój synek złapał zapalenie ucha, bardzo go bolało i musiałam go cały czas tulić. W dzień przy opiece nad synkiem zmienił mnie mąż, a ja pojechałam na bieg, kompletnie bez siły i życia, nie nastawiałam się na dobry bieg. Jednak atmosfera na miejscu zrobiła swoje, wróciły siły i chęć do biegania. Zaczęłam na początku bardzo wolno, by na końcówce mocno przyspieszyć – wykręciłam życiówkę na 10 km 45:55s. To był bardzo szybki bieg, tego czasu do tej pory nie pobiłam – pewnie dlatego, że potem miałam kilka kontuzji, teraz wracam do formy i myślę, że za jakiś czas pobiję tą życiówke z pamiętnego biegu.
    https://uploads.disquscdn.com/images/437214962415a90bbaa6aeecf27d70606a1f450a71c1f001fadfe058a6aaf6dd.jpg

  • Agnieszka Bania

    Tadam. Tak więc jest czwarty, obiecany, zgodnie z planem. Różowy !!! Dla mnie bardzo ważny ze względu na cel i hasło towarzyszące. Jestem w grupie ryzyka, miałam incydent na przełomie tego roku, badam się od zawsze i namawiam innych. Z mammografii skorzystałam, impreza bardzo babska, bardzo różowa i najbardziej energetyczna w jakich brałam udział 😉 I jeszcze mój drugi bieg w życiu poniżej 35minut 👏 a pierwszy w takim tempie w terenie!

    P.S. Bieżnia pożyczona więc za chwilę nie będą miały gdzie wisieć 😱😱😱

    https://uploads.disquscdn.com/images/1b4616195ca6535947971f4a686ee0951f25b4122be00851a3421baede11b3f5.jpg

  • Piotr Jędruszczak

    Mam trochę medali w swoim dorobku, w tym ten najcenniejszy – maratoński. Jednak historia którą opiszę nie będzie związana z nim, tylko z moim pierwszym medalem, od którego bieganie, przez które miałem pozbyć się dość znaczącej nadwagi, przekształciło się w pasję i miłość do niego.

    A więc, pojechałem na moje pierwsze zawody – II Bieg Morskie Oko w Warszawie. Po pobraniu pakietu startowego postanowiłem wczuć się w atmosferę biegowego święta. Obserwując innych biegaczy rozpocząłem rozgrzewkę.
    Gdy robiłem przebieżki po parku, na ławce siedziało kilku jegomościów o wyglądzie co najmniej wczorajszym, albo i jeszcze wcześniejszym. Skrzętnie coś sobie popijali, obserwując co się dookoła dzieje, jeden z nich mówi: „jakiś maraton tutaj mają”. Maraton… – pomyślałem sobie – to wy macie panowie.

    Gdy obserwowałem całą otoczkę biegu, stres ogarniał mnie coraz bardziej. Godzina startu zbliżała się nieuchronnie. O godz. 10:30 organizatorzy zafundowali rozgrzewkę i ja z niej skorzystałem. Zmęczyłem się tak bardzo, że nie wiedziałem, czy będę miał siłę biec. Po niej było jeszcze 15 min. na odpoczynek i koncentrację, dzięki czemu trochę doszedłem do siebie.

    Dochodziła godzina 11:00, wszyscy zawodnicy ustawili się w strefie startu i bieg punktualnie wystartował. Zacząłem ostro, nawet zbyt za ostro, gdyż wyprzedzałem wielu biegaczy. Zemściło się to na mnie niebawem, ponieważ inni zaczęli wyprzedzać również mnie. Pomyślałem sobie: co…? Mnie chcą wyprzedzić? Przyspieszyłem więc jeszcze bardziej. Niestety, powtórna zemsta była jeszcze gorsza- mniej więcej w połowie trasy dopadł mnie kryzys. W maratonie nazywa się to „ścianą”, a ja tą ścianę spotkałem w biegu o dystansie dwudziestokrotnie krótszym. Zacząłem sobie wtedy mówić, że nie dam rady pokonać 5 kilometrów i chciałem zejść z trasy, albo chociaż przejść do marszu żeby odpocząć. Niesamowity kryzys, ale nie poddałem mu się. Na siłę wciskałem w swoje myśli słowa: ja nie dam rady, zejdę z trasy? Nie ma takich terminów w moim słowniku.
    Ambicja i siła autosugestii zrobiły swoje. Biegłem i obiecałem sobie w duchu, że dopóki choćby resztka sił pozostanie w moich nogach, nie zatrzymam się! Siły jeszcze miałem, dlatego biegłem. Miałem sporą nadwagę, dlatego każdy pokonywany metr trasy sprawiał mi dość duży ból. Jednak o bólu nie myślałem. Patrzyłem przed siebie, widziałem sporo biegaczy, spojrzałem za siebie, było ich jeszcze więcej. Pomyślałem sobie: jeszcze nie jest ze mną tak źle, dam radę. Zaczął się bieg z górki. Wydawało mi się, że jak z niej zbiegnę, czeka mnie jeszcze kawałek prostej i będzie meta. Dlatego przycisnąłem gazu ile miałem sił w nogach, by finisz wypadł efektownie. Na dole czekało mnie niemiłe rozczarowanie, ponieważ okazało się, że do upragnionej mety jeszcze daleko. „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”- resztką sił biegłem do celu. Po pewnym czasie zobaczyłem metę, ona dodała mi skrzydeł i na nich doniosła mnie do siebie. Szczęście, duma i ogromna radość ogarnęły mnie.
    Mój pierwszy medal zwisł na szyi, a ja czułem się jak medalista olimpijski!

    https://uploads.disquscdn.com/images/87d948eef1de08d44a22c48846a1ac15da85bd1aa0aa7da3dd6ca55a0304f293.jpg

  • Piotr Jędruszczak

    W swoim dorobku mam już kilka medali, w tym ten najcenniejszy – maratoński. Jednak historia którą opiszę nie będzie związana z nim, tylko z moim pierwszym medalem, od którego bieganie, przez które miałem pozbyć się dość znaczącej nadwagi, przekształciło się w pasję i miłość do niego.

    A więc, pojechałem na moje pierwsze zawody – II Bieg Morskie Oko w Warszawie. Po pobraniu pakietu startowego postanowiłem wczuć się w atmosferę biegowego święta. Obserwując innych biegaczy rozpocząłem rozgrzewkę.
    Gdy robiłem przebieżki po parku, na ławce siedziało kilku jegomościów o wyglądzie co najmniej wczorajszym, albo i jeszcze wcześniejszym. Skrzętnie coś sobie popijali, obserwując co się dookoła dzieje, jeden z nich mówi: „jakiś maraton tutaj mają”. Maraton… – pomyślałem sobie – to wy macie panowie.

    Gdy obserwowałem całą otoczkę biegu, stres ogarniał mnie coraz bardziej. Godzina startu zbliżała się nieuchronnie. O godz. 10:30 organizatorzy zafundowali rozgrzewkę i ja z niej skorzystałem. Zmęczyłem się tak bardzo, że nie wiedziałem, czy będę miał siłę biec. Po niej było jeszcze 15 min. na odpoczynek i koncentrację, dzięki czemu trochę doszedłem do siebie.

    Dochodziła godzina 11:00, wszyscy zawodnicy ustawili się w strefie startu i bieg punktualnie wystartował. Zacząłem ostro, nawet zbyt za ostro, gdyż wyprzedzałem wielu biegaczy. Zemściło się to na mnie niebawem, ponieważ inni zaczęli wyprzedzać również mnie. Pomyślałem sobie: co…? Mnie chcą wyprzedzić? Przyspieszyłem więc jeszcze bardziej. Niestety, powtórna zemsta była jeszcze gorsza- mniej więcej w połowie trasy dopadł mnie kryzys. W maratonie nazywa się to „ścianą”, a ja tą ścianę spotkałem w biegu o dystansie dwudziestokrotnie krótszym. Zacząłem sobie wtedy mówić, że nie dam rady pokonać 5 kilometrów i chciałem zejść z trasy, albo chociaż przejść do marszu żeby odpocząć. Niesamowity kryzys, ale nie poddałem mu się. Na siłę wciskałem w swoje myśli słowa: ja nie dam rady, zejdę z trasy? Nie ma takich terminów w moim słowniku.
    Ambicja i siła autosugestii zrobiły swoje. Biegłem i obiecałem sobie w duchu, że dopóki choćby resztka sił pozostanie w moich nogach, nie zatrzymam się! Siły jeszcze miałem, dlatego biegłem. Miałem sporą nadwagę, dlatego każdy pokonywany metr trasy sprawiał mi dość duży ból. Jednak o bólu nie myślałem. Patrzyłem przed siebie, widziałem sporo biegaczy, spojrzałem za siebie, było ich jeszcze więcej. Pomyślałem sobie: jeszcze nie jest ze mną tak źle, dam radę. Zaczął się bieg z górki. Wydawało mi się, że jak z niej zbiegnę, czeka mnie jeszcze kawałek prostej i będzie meta. Dlatego przycisnąłem gazu ile miałem sił w nogach, by finisz wypadł efektownie. Na dole czekało mnie niemiłe rozczarowanie, ponieważ okazało się, że do upragnionej mety jeszcze daleko. „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”- resztką sił biegłem do celu. Po pewnym czasie zobaczyłem metę, ona dodała mi skrzydeł i na nich doniosła mnie do siebie. Szczęście, duma i ogromna radość ogarnęły mnie.
    Mój pierwszy medal zwisł na szyi, a ja czułem się jak medalista olimpijski!

    https://uploads.disquscdn.com/images/87d948eef1de08d44a22c48846a1ac15da85bd1aa0aa7da3dd6ca55a0304f293.jpg

    • Justyna G.

      😊

  • Justyna Grabowska

    Super opowieści💪

  • Justyna Grabowska

    Piotr Jędruszczak
    W swoim dorobku mam już kilka medali, w tym ten najcenniejszy – maratoński. Jednak historia którą opiszę nie będzie związana z nim, tylko z moim pierwszym medalem, od którego bieganie, przez które miałem pozbyć się dość znaczącej nadwagi, przekształciło się w pasję i miłość do niego.
    A więc, pojechałem na moje pierwsze zawody – II Bieg Morskie Oko w Warszawie. Po pobraniu pakietu startowego postanowiłem wczuć się w atmosferę biegowego święta. Obserwując innych biegaczy rozpocząłem rozgrzewkę.
    Gdy robiłem przebieżki po parku, na ławce siedziało kilku jegomościów o wyglądzie co najmniej wczorajszym, albo i jeszcze wcześniejszym. Skrzętnie coś sobie popijali, obserwując co się dookoła dzieje, jeden z nich mówi: „jakiś maraton tutaj mają”. Maraton… – pomyślałem sobie – to wy macie panowie.
    Gdy obserwowałem całą otoczkę biegu, stres ogarniał mnie coraz bardziej. Godzina startu zbliżała się nieuchronnie. O godz. 10:30 organizatorzy zafundowali rozgrzewkę i ja z niej skorzystałem. Zmęczyłem się tak bardzo, że nie wiedziałem, czy będę miał siłę biec. Po niej było jeszcze 15 min. na odpoczynek i koncentrację, dzięki czemu trochę doszedłem do siebie.
    Dochodziła godzina 11:00, wszyscy zawodnicy ustawili się w strefie startu i bieg punktualnie wystartował. Zacząłem ostro, nawet zbyt za ostro, gdyż wyprzedzałem wielu biegaczy. Zemściło się to na mnie niebawem, ponieważ inni zaczęli wyprzedzać również mnie. Pomyślałem sobie: co…? Mnie chcą wyprzedzić? Przyspieszyłem więc jeszcze bardziej. Niestety, powtórna zemsta była jeszcze gorsza- mniej więcej w połowie trasy dopadł mnie kryzys. W maratonie nazywa się to „ścianą”, a ja tą ścianę spotkałem w biegu o dystansie dwudziestokrotnie krótszym. Zacząłem sobie wtedy mówić, że nie dam rady pokonać 5 kilometrów i chciałem zejść z trasy, albo chociaż przejść do marszu żeby odpocząć. Niesamowity kryzys, ale nie poddałem mu się. Na siłę wciskałem w swoje myśli słowa: ja nie dam rady, zejdę z trasy? Nie ma takich terminów w moim sło wniku.
    Ambicja i siła autosugestii zrobiły swoje. Biegłem i obiecałem sobie w duchu, że dopóki choćby resztka sił pozostanie w moich nogach, nie zatrzymam się! Siły jeszcze miałem, dlatego biegłem. Miałem sporą nadwagę, dlatego każdy pokonywany metr trasy sprawiał mi dość duży ból. Jednak o bólu nie myślałem. Patrzyłem przed siebie, widziałem sporo biegaczy, spojrzałem za siebie, było ich jeszcze więcej. Pomyślałem sobie: jeszcze nie jest ze mną tak źle, dam radę. Zaczął się bieg z górki. Wydawało mi się, że jak z niej zbiegnę, czeka mnie jeszcze kawałek prostej i będzie meta. Dlatego przycisnąłem gazu ile miałem sił w nogach, by finisz wypadł efektownie. Na dole czekało mnie niemiłe rozczarowanie, ponieważ okazało się, że do upragnionej mety jeszcze daleko. „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”- resztką sił biegłem do celu. Po pewnym czasie zobaczyłem metę, ona dodała mi skrzydeł i na nich doniosła mnie do siebi e. Szczęście, duma i ogromna radość ogarnęły mnie.
    Mój pierwszy medal zwisł na szyi, a ja czułem się jak medalista olimpijski!

  • Łukasz Dmowski

    Medali mam tak dużo że już mi się nie mieszczą 😛 https://uploads.disquscdn.com/images/090f7f26c64ec6d4289abcbd5a9320ae90f7c508ea90955b9a71403df8c9417d.jpg
    Prawie z każdym są związane wspomnienia prostszych czy trudniejszych wyzwań. Najbardziej hardkorowy to z Runmageddon Hardcore czyli ponad 21km po pustyni błędowskiej, po piasku, błocie i wodzie w temperaturze kilku stopni z padającym deszczem.
    Ale na myśl o historii od razu przyszedł mi do głowy medal z SkywayRun. Pochodzę z Warszawy ale rodzinę mam za Mińskiem Mazowieckim. Od dziecka, zawsze jeżdżąc do dziadków przejeżdżałem obok wojskowego lotniska w Janowie. Marzyłem o tym by kiedyś chociaż podjechać do bramy obiektu i popatrzeć jak to wygląda. Teren wojskowy więc zamknięty dla cywilnych osób. Natomiast jedna z edycji SkywayRun została właśnie tam zorganizowana! W pięknej scenerii nocy, z włączonym oświetleniem pasa. Klimat niesamowity! Niezapomniane przeżycie i spełnienie małego marzenia 🙂 A do tego niepowtarzalny półprzezroczysty medal widoczny na górnym zdjęciu blisko zielonej wstążki medalu z Biegu Ursynowa.

  • Mariusz Gut

    https://uploads.disquscdn.com/images/7072c73afc0233a6ea52950cca05db0393f8176772f61a0c919b3d5134ffc34a.jpg https://uploads.disquscdn.com/images/fa8d40b800e5efdc0bdb59c0e43fc910b9f86f3bdaec3f84efcd9dc686139bc3.jpg

    Powitać Szanowne Grono – co do zdobyczy medalowych, to zostałem zmuszony w związku z remontem schować do pudełka, ale postanowiłem je przewietrzyć i rozłożyłem na stole. Czasami się śmieję z kolegami – biegaczami, że na starość to będziemy mieli co wspominać i co sprzedawać 🙂 lub zastawiać… Co do historii powiązanej z medalem to z pewnością 01-10-2017, piękna niedziela, maraton w Katowicach – Silesia Marathon i ja. 9:00 i wystartowałem. W życiu wygrywałem, poprawiłem rekordy, doświadczyłem porażek. Ale czegoś takiego nie przeżyłem do dzisiaj… Wpadła mi stopa lewa w dziurę w jezdni na 3 km i się zaczęła ściana… Noga boli, co dalej, lecieć czy wracać do Silesia City Center (tam był start)??? Podjąłem walkę z bólem do 30 km, biegnąc, od 30 do mety trucht, szybszy spacer i dowiozłem gościa na otwarcie Stadionu. Może czas nie powala – 5.13, najdłuższy bieg w mojej karierze biegowej, ale walka była… W poniedziałek w związku z bólem stopy, poszedłem do chirurga – ortopedy – co się tam nasłuchałem, to moje. Ale doktor zapytał czy warto było – odpowiedź była bez zastanowienia – TAK! Zawsze jest warto idąc za słowami Marka Twaina: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj i biegnij przed siebie…

  • Ewa Paciorek

    Skoro 26.10 października jeszcze trwa, to i ja podzielę się swoją opowieścią.
    Kilka miesięcy od czasu, kiedy zaczęłam biegać po urodzeniu synka, wpadłam na pomysł Biegu Mam – czyli inicjatywy wyłącznie dla kobiet będących mamami. Skąd to „ograniczenie”? Otóż z własnego doświadczenia wiem, że mamy to kobiety zabiegane z natury, w ciągłym pędzie codziennych spraw, pracy zawodowej, wychowania dzieci, prowadzenia domu i tak dalej, i tak dalej. Kobiety, które o sobie myślą często na końcu. Postanowiłam to zmienić i uhonorować mamy imprezą ku ich czci, zresztą krótko przed ich kalendarzowym świętem.
    Pomysł ten skonfrontowałam z dawnym znajomym z radiowej Trójki i współorganizatorem akcji Biegam Bo Lubię, Krzyśkiem Łoniewskim. Wraz z Pawłem Januszewskim powiedzieli: rób! i dali garść praktycznych wskazówek.
    I zrobiłam ten I warszawski Bieg Mam w jednej z warszawskich dzielnic, z innymi biegającymi mamami. Mimo trasy krótszej niż zapowiadana, ale zgodnie z moimi założeniami Święta Kobiet Zabieganych z Natury, impreza okazała się sukcesem – wspaniałym rodzinnym piknikiem, podczas którego pobiegły najpierw dzieciaki, potem mamy, a wszystkim im kibicowali panowie, nierzadko z motywującymi transparentami.
    Sukces ten jednak został mi odebrany, ponieważ pod biegiem podpisały się inne osoby, które w tym roku postanowiły zorganizować wymyśloną przeze mnie imprezę… beze mnie. Wydarzenie nie tylko zostało splagiatowane, lecz również zablokowano mi organizację mojego, tego „źródłowego” w innym miejscu. Walkę odpuściłam, bo byłam na finiszu ciąży i szkoda mi było tracić zdrowia (a nerwów było aż nadto).
    Natomiast po jakimś czasie biegające mamy zostały zaproszone do gminy Nieporęt, by tam, jesienną porą, uczcić aktywny powrót do szkoły.
    I to właśnie tam zrealizowałam moje zamierzenie, by za pośrednictwem 2. Biegu Mam komuś pomóc. Z pomocą lokalnej działaczki społecznej zorganizowałyśmy to tak, że niewysokie wpisowe wpływało prosto na konto Fundacji Rodzin Adopcyjnych w Otwocku. Dzięki temu biegające mamy pomogły maluchom czekającym na swój dom. Czego chcieć więcej?
    Chyba tylko tego, by 3. Bieg Mam, który w mojej głowie i w głowach ekipy, która do mnie sukcesywnie dołącza, odbył się, już bez stresu i skandali, w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody i czasu.
    W przyszłym roku Dzień Matki wypada dokładnie w sobotę, zatem mam nadzieję, że nasz 3. Bieg Mam odbędzie się właśnie wtedy – 26.05.2018. I, podobnie jak w tym roku, chciałabym, by to serce na dłoni, które okazały biegające mamy, otworzyło się po raz kolejny dla tych najmniejszych, najbardziej potrzebujących.
    Zaś samym Kobietom Zabieganym z Natury by każdy trening i udział w zawodach sprawiał radość i frajdę oraz by zmieniał ich życie na lepsze. Należy się to Wam, drogie mamy! 🙂

    https://uploads.disquscdn.com/images/f6fccf05cef9c018451cdd99400b833e04bdf0e7c8325f38a1fc3591d3a0eecf.jpg

  • Anna Ast

    Witam serdecznie 🙂 Moja historia… mój medal…. ten, który wiele znaczy. Muszę cofnąć się o 8 lat kiedy zaczęłam ćwiczyć w siłowni. Odnalazłam prawdziwą pasję : trening siłowy, zajęcia fitnessowe, cardio. Cudowni ludzie, cudowna atmosfera.Na każdym treningu ładowałam bater https://uploads.disquscdn.com/images/e7b4e7ab9cc7353508b45868377355a487d9231cdef5a9f218afdb0595a307cc.jpg ie, endorfiny dawały szczęście. Nigdy nie czułam się tak dobrze.
    Potem zaszłam w ciążę. Trudną. Zagrożoną. Bliźniaczą. Wychowywanie dzieci to bardzo ciężka i trudna praca . Rezygnacja z siebie, swoich pasji. Brakowało mi sportu. W końcu gdy udalo się znaleźć chwilę czasu dla siebie skupiłam się na bieganiu. Była to najszybsza aktywność którą mogłam zrobić. Oszczędzałam czas na dojeździe do klubu, prysznic brałam wtedy kiedy mogłam itd.
    Gdy dzieci miały 3,5 roku rozstałam się z mężem. Mój świat się zawalił. Żyłam w mroku. Żyłam i funkcjonowałam dla dzieci. Żyłam automatycznie. Trenowałam bo tylko to pozwalało mi nie zwariować i było pewną stałą w moim życiu. Wtedy sport okazał się pewnego rodzaju oczyszczeniem. Do dziś dzięki bieganiu resetuję się, czyszczę głowę, układam swoje życie.
    Obecnie dziewczynki maja 6 lat. Od roku żyję  prawie „normalnie „. Wzięłam udział w różnych biegach, zawodach ale najważniejszy jest medal z Survival Race 12 km 50 przeszkód. Postanowiłam że pobiegnę sama. Odważyłam się. Nie chciałam się nikogo prosić. Chciałam udowodnić sobie, że przeszłam długa drogę, że jestem silna, że mogę, że potrafię, że nic mnie nie złamie. W wojowniczym nastroju przybyłam na start i z dużą wiara, że pokonam siebie pobiegłam. Oczywiście do końca nie byłam sama, bo nie wspięłabym się na rampę gdyby ktoś nie podał mi ręki; nie dosięgnęłabym drabinek (158 cm wzrostu 😉 ), gdyby ktoś mnie nie podsadził. Jednak zrobiłam to. A nawet bałam się. „Tak na prawdziwo” , jak mówi moja córka. Nie zaliczyłam jednej przeszkody ale mimo to czuje się zwycięzcą. Pomimo że spadłam do wody w połowie przeszkody (Małpi gaj), to niebyła  porażka, bo spróbowałam. Nie wycofałam się. Pokonałam siebie. Po tamtym biegu wiem, ze mogę wszystko!
    Mam siłę w sobie. Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Niedawno sama zrobiłam remont w domu (malowanie plus tynk strukturalny). Szkolę się by rozwijać się zawodowo. Dzieci zabieram ze sobą na biegi i naprawdę są z siebie dumne, że dały radę. Ja z nich jeszcze bardziej ! 🙂
    Biegów było kilka. Ale właśnie ten samotny Survival Race dał mi wiarę i siłę. Obecnie mam już zaplanowany przyszły rok: dwa półmaratony (chociaż zawsze mówiłam, że to nie dla mnie) i 4 biegi z przeszkodami.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Ewa Paciorek

    Szkoda, że mój post/komentarz konkursowy został oznaczony jako spam 🙁

    • Już zaradziłyśmy coś na to i komentarz jest widoczny. Serdecznie przepraszamy. Dziękujemy za udział😁 Zabiegane

  • Piotr Jędruszczak

    Medal, z którym zawsze będę miał cudowne wspomnienia zdobyłem podczas drugiej edycji Orlen Warsaw Marathon. Ale zacznę od początku.
    Gdy stałem na starcie Biegu na Piątkę przy Maratonie Warszawskim, z zazdrością i podziwem spoglądałem w stronę maratończyków. Marzyłem, że może kiedyś i ja będę tam stał.
    Pewnego wieczoru siedząc sobie przed komputerem, zastanawiałem się nad kolejnym startem. Do tej pory miałem ich trzy na 5 km. Tym razem myślałem o półmaratonie. Nagle zauważyłem, że jeżeli dopłacę 10 zł., będę mógł wystartować w maratonie. Moje myśli były coraz bardziej szalone, aż w końcu zapisałem się na maraton i opłaciłem start.
    Po kilku dniach przyszła refleksja – co ja mądrego zrobiłem?! W sumie mogłem nie wystartować, ale nie byłbym sobą gdybym odpuścił. Skoro już się zapisałem, to zacząłem przygotowania do tego biegu. Bardzo dużo o tym czytałem, analizowałem zdobytą wiedzę i realizowałem ją na treningach.
    Im bliżej startu, tym stres był coraz większy. W końcu nadszedł ten wielki dzień. Orlen Warsaw Marathon imponował otoczką i rozmachem. Nie wiedziałem, na jaki czas mam biec. Zapisałem się do strefy czasowej 4:00-4:15. Stanąłem na jej początku. Odliczanie, strzał startera i wystartowaliśmy. Biegnący na 10 km nas oklaskiwali. To wszystko było tak fantastyczne, że aż ściskało za serce.
    Początek mojego biegu był troszkę szybszy od tempa strefy w której byłem. Pomyślałem sobie, że będę miał bezpieczną przewagę nad nią i że w razie kryzysu będę miał jeszcze szansę skończyć bieg w czasie trochę ponad 4 godziny. Ale pilnowałem się też, żeby za bardzo nie przyspieszać. Korzystałem z każdego punktu z izotonikiem i wodą. Dodatkowym umileniem trasy, były punkty z muzyką i kibice, którzy dodawali mi sił i mobilizowali do dalszego biegu. Ponadto na tej trasie było wiele miejsc, z którymi wiązały się jakieś wspomnienia, często bardzo miłe. Drugą dychę pokonałem w tym samym czasie co pierwszą, oznaczało to, że biegnę bardzo równo. Do tej pory najdłuższym dystansem który pokonałem, było 25 km, dlatego z każdym następnym kilometrem cieszyłem się, że pokonałem własnego siebie. Nie ścigałem się z nikim, tylko z samym sobą. W pewnym momencie wyprzedziłem Marcina Dorocińskiego, co było dodatkową motywacją dla mnie. Od około 30 kilometra niemal płakałem. Buty które miałem były idealnie dopasowane, co przy dłuższym biegu sprawiało dość duży dyskomfort, stopy strasznie mnie piekły. Ten ból jednak mieszał się ze szczęściem. Po 35 km było już z górki. Dużo osób szło. Mimo bólu, który odczuwałem, nie przestawałem walczyć, biegłem i myślałem, że do mety coraz bliżej. Na 40 kilometrze byłem już wyczerpany, wziąłem jedynie kawałek czekolady do ust. Wmawiałem sobie, że jeszcze tylko 2 kilometry i osiągnę wymarzony cel. To były najdłuższe 2 kilometry w moim życiu!
    Dobiegłem do mety! Powoli zaczęło do mnie docierać co zrobiłem. Wśród osób wręczających medale było kilku znanych sportowców, ja podszedłem do siostry, która była wolontariuszką i to od niej otrzymałem medal. Powiedziałem do niej: dokonałem tego, chyba złamałem 4 godziny!
    Nie poddałem się, walczyłem i zwyciężyłem! Pierwszy maratoński medal dumnie wisiał na mojej szyi. Po powrocie do domu wyszedłem przywitać żonę, która wróciła z dzieckiem. Ledwo szedłem, wyglądałem, jakbym poobijany i ranny wracał z wojny. Żona litościwie spojrzała na mnie i zapytała: warto było? Odpowiedziałem: warto! 🙂
    Teraz z perspektywy czasu nadal mówię: warto było, bo ból mija, a duma trwa wiecznie! 🙂

    https://uploads.disquscdn.com/images/4d368244c08b1083fa02431453b62ee1aaaefb1f59ea6c3ee6609dac9fc42c43.jpg

  • Aneta Zaręba

    Witam,to był jeden z moich pierwszych biegów. Zapisałam się z koleżankąna cykl biegów OnThe Run, które odbywały się w Łazienkach. Miało być pięknie oświetlone. To był luty 2015,na dodatek Walentynki. W drodze,okazało się, że zamknęli most,że jakiś pożar i finalnie spoznilysmy się na bieg! Ale też poznałam w autobusie koleżankę Ankę, z którą przyjaźnie się do dzisiaj. Także nie żałuję. A wtedy właśnie plonal Most Łazienkowski! https://uploads.disquscdn.com/images/186006387edfecc68c76d77d032c77f735afbf4f9ab03b106b124670c0845f9e.jpg