Zatruta żarciem

A tak zatruta. Smutne, ale prawdziwe. I nie chodzi mi o zatrucie z powodu zepsutego czy brudnego jedzenia, ale takiego, które mi nie służy. Zresztą pewnie nie tylko mi.
Generalnie staram się jeść zdrowo. Lubię takie jedzenie, a świadomość że karmię organizm czymś co dostarcza mu witamin i innych cennych oraz potrzebnych składników, dodatkowo sprzyja moim przekonaniom, że warto wybierać żywność wartościową. Kasze, chude mięso, warzywa, orzechy, nasiona – można z nich tworzyć cuda kulinarne, które pieszczą podniebienie. I takie produkty jadam na co dzień. Niestety moja dieta jest daleka od ideału, który sobie wymarzyłam, czyli żeby była tak zbilansowana, abym mogła utracić trochę zbędnej tkanki tłuszczowej (czy jest jakaś kobieta zadowolona z siebie na 100% ? 😉 ) i czasem wpadnie jakieś ciasteczko czy kanapka z pseudo-zdrowej (bo z nazwy pełnoziarnistej) bułki. Nie jest to nagminne i nie pojawia się zbyt często w moim jadłospisie. Nie jestem na tym punkcie oszalała, chociaż często mam wyrzuty sumienia z powodu takich grzeszków.
Niestety w ostatni weekend, a nawet trochę dłużej, przesadziłam. W piątek trzynastego miałam urodziny. Do pracy zaniosłam czekoladowe cukierki, których się nażarłam. Wieczorem było winko i żółty serek. Sobota ciacho, kanapki z pszenicznego chleba. Niedziela – masakra. Tort urodzinowy można mi wybaczyć. Robiła go mama – pycha, mimo, że bomba kaloryczna. Do tego była pizza 😮 i… drinki. A to nie koniec. W poniedziałek kończyłam i pizze i tort.
Jak dla mnie to było za dużo. Czułam to psychicznie, miałam wyrzuty sumienia, ale cóż stało się. Nawaliłam w organizm białego cukru i pszenicy – czyli same zło, którego staram się unikać. Trudno. Ale to nie koniec.
Wtorek był dla mnie jakąś masakrą. Nie mogłam podnieść się z łóżka. Czułam się chora, spuchnięta, z twarzą jak księżyc w pełni. Ciągle chciało mi się spać. Bolało mnie ciało od środka. Serio, jakbym była zainfekowana. Energia na poziomie zero, ociężałość – max. Wrażenie makabryczne. Nigdy więcej. Poszłam na siłownię i przez cały czas miałam w głowie jedną myśl „nie chce mi się”. Walczyłam i mimo wszystko zrobiłam porządny trening. Pomogło. Środa była dużo lepsza, mimo, że wysypało mnie pryszczami. A to wszystko przez biały cukier i białą mąkę.
Nie wiem jak ludzie mogą się tak żywić na co dzień. Nie dziwę się, że przy takiej diecie, jedyne na co mają ochotę, to zasiąść po pracy na kanapie, przed telewizorem. Skoro energia zerowa, to jak zmusić się do czegoś więcej, niż pstrykanie w klawisze pilota. A do tego ten wewnętrzny ból – mięśni, płynącej w żyłach krwi – nawet nie wiem jak to opisać. Jakbym się poddała takiemu stanowi w poniedziałek, to chyba bym zeszła z tego świata, zakopując się w pierzynę z paczką ptasiego mleczka pod bokiem 😮 Koszmar!
Apeluję więc. Kto jeszcze tego nie zrobił, niech zastanowi się, co wrzuca do swojego przewodu pokarmowego. Niech żywność stanowi wartościową pożywkę, a nie śmieciowe jedzenie. Niech karmi, a nie truje! Niech dodaje energii, a nie sprawia, że nasze ciało ulega destrukcji. Jakby nie było, to nasz organizm jest najcenniejszy, dbajmy o niego, niech nam służy długie lata w zdrowiu i dobrej kondycji. Potrafimy inwestować w dobre paliwo, żeby samochód długo i sprawnie nam posłużył, a w siebie wrzucamy cokolwiek, nie myśląc nawet o konsekwencjach naszych wyborów. Mimo, że w obecnych czasach ciężko jest znaleźć żywność bez chemicznych dodatków, naturalnego pochodzenia, to chociaż z całej tej sieczki, wybierajmy to, co jest wartościowe – bez białego cukru, białej mąki, soli czy wspomagaczy sodowych. I ruszmy się. Stan po wysiłku fizycznym jest tak euforyczny, że trudno go porównać do czegoś innego.
Moc z nami 🙂