Ciekawa niedziela…

Muszę przyznać, że ostatnia niedziela nie należała do nudnych 😮
Ja – pobiegłam z tłumem w Biegnij Warszawo 😉

Mój mąż i mój pies – pojechali na wystawę psów rasowych 🙂 Oczywiście na wystawie oceniany był tylko mój piesio 😉

Zacznę ode mnie. Biegnij Warszawo. Moje pierwsze.

Pogoda od rana była piękna. Ciepło, słonecznie, aż chciało się biec. Więc pobiegłam. Pod koniec biegu podano informację, że frekwencja wyniosła około 12 tysięcy osób! Rekord w Polsce pod tym względem. I to dało się odczuć, niestety. Tłum był konkretny i czasem nieobliczalny. Niektórzy próbując osiągnąć życiówkę, nie szczędzili kuksańców współbiegaczom 🙁

Sama trasa bardzo przyjemna, malownicza (w końcu Warszawa skąpana w słońcu to miłe doznanie estetyczne, przynajmniej dla mnie). Przebiegliśmy przez Plac Unii Lubelskiej, Plac na Rozdrożu, Plac Konstytucji, Plac Trzech Krzyży, Rondo de Gaulle’a, obok Łazienek Królewskich. Kto nie był wcześniej w Warszawie, mógł ją sobie „pozwiedzać” w szybszym tempie 😉

Wszystko byłoby ok, gdyby nie wspomniany wcześniej tłum ludzi i potyczki organizatora (typu: wąskie punkty, która trzeba było przebiec, aby zaliczyć kolejne kilometry, niewygodne rozmieszczenie punktów z wodą po 5 kilometrze, zbyt mało miejsca na mecie).

Postanowiłam, że życiówki nie będę robiła, a przebiegnę sobie typowo rekreacyjnie. W końcu tak właśni traktuję swoje bieganie, więc dlaczego teraz miało by być inaczej. Na trasie miałam niestety mały przestój, bo zawiesił mi się telefon z muzyką i musiałam go zresetować. W biegu nie da się tego zrobić, na trasie też nie, więc zeszłam sobie na bok, pomajstrowałam i muzyka grała 🙂 A że minuty uciekały… co to za różnica czy zdobędę miejsce 2500 czy 3000 😉 Niestety wiele osób przy tego typu awariach, czy gdy dzwonił im telefon, albo gdy stracili siły, nie myślało o tym, tylko stawali jak wryci, a osoby biegnące za nimi, musiały wielce się natrudzić żeby na nich nie wpaść.

Cóż, chyba organizatorzy takich wielkich, masowych imprez powinni pomyśleć o wpisaniu do regulaminu kilku słów o „kulturze” biegu.
Ale dobra, już nie narzekam.

Kibice dopingujący biegającym byli niesamowici, mili, uśmiechnięci i bardzo liczni. Przy Łazienkach kibicował nawet zespół ludowy, który śpiewał swoje „kawałki”. Wszystko to miało wpływ na baaardzo przyjemną atmosferę.

Do czasu. Gdy niedaleko Brackiej zobaczyłam jak na poboczu leży jeden z biegaczy, wokół którego kręcą się ratownicy, okrywając go kocem termicznym, to zrobiło mi się jakoś tak dziwnie. Kurcze w końcu to tylko 10 km, bieg rekreacyjny, jakim cudem ktoś stracił przytomność na takim dystansie.

Dopiero później przyszły przemyślenia. Zwłaszcza po tym jak dowiedziałam się o tragedii na mecie. Ludzie po prostu nie myślą. Te „tylko 10 km” dla osób, które wcześniej nie trenowały to jest spory wysiłek, ale myślę, że jak podejdą do tego „z głową”, zwalniając gdy tracą siły, to są w stanie przebiec bez uszczerbku na zdrowiu. Są też Ci, którzy biegną na max, nawet czując, że coś jest nie tak, że organizm wysyła sygnał alarmowy. Pytam „po co?”, po to żeby być lepszym od kolegi? Chyba nie o to chodzi w sporcie amatorskim.

Owszem rywalizacja jest fajna, daje endorfinowego kopa, ale trzeba też myśleć i nie przeceniać się! Ja nie piszę o jakimś konkretnym przypadku, ale generalnie. Jaką satysfakcję daje człowiekowi przebiegnięcie dystansu w dobrym czasie, gdy po tym pada nieprzytomny na mecie ?!

Oczywiście są sytuacje jednostkowe – tętniak, ukryta wada serca, zakrzep…ale czy te kilka osób, które zasłabło na mecie, można zaliczyć do tych jednostkowych przypadków, czy raczej do ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie nie myślą!

Uważajcie, jak zaraz rozpęta się w mediach nagonka na ten sport, że bieganie jest niezdrowe, że zabija itp. Już na FB zaczynają pojawiać się wpisy tego typu.

Zabrakło mi też atrakcji na mecie. Była jakaś zumba, jakiś koncert, ale tłumu to nie porwało. Porównuję tu organizację do She Runs the night, gdzie atrakcji było dużo więcej. Ale w końcu to bieg, a nie imprezka 😉

Finishowałam z wynikiem 58 minut 58 sekund (jakoś tak równo wyszło). Nie uznaję tego za mega wyczyn, ale też nie miał takim być.

Może ktoś pomyśleć, po co szłaś na bieg, skoro nie przepadasz za tłumem i nie chciałaś robić życiówki. Hmmm … ale to chyba trochę tak, jakby ktoś spytał, po co idziesz na dyskotekę, zamiast potańczyć w domu przez telewizorem 😮

A teraz drugie niedzielne wydarzenie.

Jak wcześniej wspomniałam mam psa rasy Rhodesian Ridgeback. Piękny, dobrze urodzony pies, więc trzeba 🙂 go pokazać innym hodowcom i sędziemu.

Mój mąż pojechał więc w niedzielę na Wystawę Psów Rasowych w Nowym Dworze Mazowieckim i… przywiózł kolejny złoty medal, a raczej Amani (mój piesio) dostał medal za pierwsze miejsce w kategorii młodzieży. Tym samym uzyskał uprawnienia, które pozwalają na wyrobienie mu tytułu Młodzieżowego Championa Polski 🙂

 

Chyba mogę na koniec zaśpiewać wraz z moim psem „we are the champions”… hehehe